Impreza integracyjna - a po co nam to?
Impreza integracyjna - a po co nam to?

Wyjazd integracyjny. Taki tytuł nosi polski film o tym, jak grupa ludzi z jednej firmy pojechała się lepiej poznać, aby w efekcie lepiej współpracować na płaszczyźnie zawodowej. Taaaa, jasne. Skończyło się zupełnie inaczej: rozwalony hotel, zastrzelony osioł… Generalnie słaby temat. Jednak ta, bądź co bądź kiepska produkcja, wskazała pewien schemat myślowy wielu przedsiębiorców: impreza integracyjna to jedno wielkie pijaństwo, w dodatku na ich koszt, które jest im całkowicie zbędne.

Jednak nasuwają się tutaj pytania: skoro tak to wygląda, to dlaczego powstają coraz to nowe agencje eventowe, a te stare utrzymują się na rynku od wielu lat i jakoś nie wygląda jakby ta branża miała upaść? Dlaczego hotele prześcigają się w ofertach pobytów firmowych? Odpowiedź jest prosta: integracja działa. A jej poziom już dawno przestał sprowadzać się do wieczoru przy open barze. Dziś integracja to starannie przemyślane wydarzenie, które pozwala naładować baterie i usprawnia pracę w firmie. Jak? Otóż przed imprezą mamy Pana Czasława z produkcji i Panią Hannę z księgowości. Czasio dla Hanki jest rubryką w tabeli, a ona dla niego „tą-z-księgowości-nie-pamiętam-nazwiska-ale-nosi-okulary”. I tak sobie pracują obok siebie nie wiedząc nic o sobie. Ale potem nagle szef zwołuje wszystkich i zapowiada wyjazd integracyjny. Wszyscy wsiadają do autokaru i jadą do hotelu pod Warszawą. Jadą jako „rubryka w tabeli” i „ta-z-księgowości…”. A wracają jako dobrzy znajomi, którzy podczas scenariusza dziennego byli w jednej drużynie i poprowadzili swój team do zwycięstwa. Wiedzą o sobie całkiem sporo (Czesio hoduje pelargonie w wolnym czasie, a Hanka kiedyś uczyła się stepować). Dużo wiedzą też o innych współpracownikach. Przestrzeń firmowa jest im jakby przyjaźniejsza. Łatwiej im uśmiechać się do innych. Tak, lubią swoją firmę.

O innej zalecie wyjazdów integracyjnych usłyszałam niedawno od mojej klientki. Jej szef zdecydował się zorganizować imprezę pierwszy raz od pięciu lat. Omawiając ze mną szczegóły westchnęła: „wreszcie… potrzebujemy wyjazdu, żeby ze sobą nie zwariować”. To prawda. Poprzebywanie ze współpracownikami na neutralnym gruncie, innym niż budynek firmy, pozwala popatrzeć na nich przychylniejszym okiem i zapomnieć jak jeszcze wczoraj nas wkurzali. Przez chwilę są naszymi kompanami na parkiecie, pomocą w esape roomie i rozmówcą w kolejce do recepcji. Znów ich lubimy i czujemy, że razem z nimi budujemy spójną odnoszącą sukcesy firmę.

Reasumując, integracja to nie picie na umór. To zastrzyk nowej energii dla pracowników. Niemal tak ważny jak szkolenia czy karta multisportu. A film polskiej produkcji to tylko przerysowana parodia, która miała przyciągnąć widzów, ale słabo jej wyszło.

Jak zatem może wyglądać wyjazd integracyjny? Możliwości są szerokie… Ale o tym następnym razem…